Mieszkańcy Wenecji

Mały bar przy Campo San Loranzo. Kobiety krzyczą, dzieci biegają, faceci próbują uciszyć towarzystwo, w telewizji ryczy transmisja z meczu Bari - Neapoli, ty wypiłaś już pośpiesznie espresso, potem grappę i zastanawiasz się, co dalej. Nie ma co dużo kombinować - jeszcze jedną grappę. Nigdzie się przecież nie spieszysz. Do baru wtacza się facet okutany w zieloną pelerynę, w rękach trzyma skrzynkę wijących się węgorzy. Bezceremonialnie stawia ją na szklanym barze, przez chwilę żywiołowo dyskutuje z właścicielem, potem skrzynka znika na zapleczu, a rybak z wysiłkiem liczy banknoty, jakby z lirów żadną miarą nie potrafił przestawić się na euro. Powoli zaczynasz się zbierać, chcesz zapłacić, ale nikt nie zwraca na ciebie uwagi, bo właśnie będzie rzut karny. W powietrzu unosi się zapach soli. Rozmowy toczą się w veneto, lokalnym dialekcie. Turyści wyjechali i nikt już o nich nie pamięta. Jest luty. Wenecja jest z powrotem Wenecją. Kiedy przychodzi wreszcie zima, miasto cichnie, pustoszeje i odsłania swoją prawdziwą twarz, latem skrywaną przed turystami.

Odczucia z pobytu

Na dworze jest ciepło, dużo cieplej niż w Polsce o tej porze roku. A ty czujesz się jak ryba w wodzie. Dosłownie. Bo słona woda otacza cię zewsząd kanały, mury przesiąknięte wilgocią, wszystko otula mgła. Właściwie nie spacerujesz, a płyniesz przez miasto. Wokoło niezwykła jak na Wenecję cisza, w tej ciszy możesz sycić się do woli widokiem pociągłych bizantyjskich twarzy świętych w bazylice św. Marka, klejnotami na wystawach jubilerów, nawet lekko zgniłym zapachem wody w kanałach. Na targu rybnym stosy różych muszli i muszelek wysypanych na drewniane tace, obok cały sektor, w którym sprzedają kalmary i ośmiornice. Idziesz dalej - towarzyszy ci jeszcze zapach owoców morza, pod stopami śliskie marmurowe płyty wychodzone przez wieki. Nagle przystajesz na chwilę, bo z okna starej kamienicy płyną dźwięki skrzypiec. Wszędzie spokój. Nawet gondolier o czarnych, pałających oczach nie próbuje nakłonić cię na przejażdżkę, tylko mówi, że pięknie wyglądasz ku twojemu zaskoczeniu daje ci swój adres mailowy. Ale ten senny spokój za chwilę minie i miasto znowu wylegnie na ulice i stanie na głowie. Zbliża się bowiem wenecki karnawał.

Opinie o Wenecji

Niedawno rodzice dzieci jednego z gimnazjów w Merano zaprotestowali na wieść o planowanej wycieczce klasowej do Wenecji. Bo we Włoszech mówi się, że Wenecja, owszem piękna, ale do szpiku kości zepsuta. Na reputację miasta składa się jej tradycyjna swoboda obyczajowa. Wenecję zamieszkują obecnie arystokraci (niebezpieczne), artyści (jeszcze gorzej), gondolierzy, rybacy, kieszonkowcy oraz rozliczne niebieskie ptaki. Dawno, dawno temu przez okrągły rok Wenecja jako tako się w moralnych ryzach trzymała, ale w końcu przychodził karnawał i robiła się zupełna sodoma i gomora. I myślisz, że te maski na twarzach to dla ozdoby? One służyły wyłącznie temu, żeby nie było wiadomo, kto z kim i w jakich okolicznościach! Współczesne karnawały są pamiątką po dawnych dobrych czasach. Przykładne korowody Wenecjan i w dużej części przebranych turystów - mają teraz więcej wspólnego z balem w operze wiedeńskiej niż z przyzwoitą orgią. Wciąż jednak wenecki karnawał jest pięknym widowiskiem. Stroje, maski i wykonywane wprost na ulicy makijaże są prawdziwymi dziełami sztuki, a oświetlone pochodniami kanały i mostki mają mnóstwo uroku. Szczególnie odświętnie wygląda parada oświetlonych gondoli na Canale Grandę. W czasie karnawału na ulicach, na placach i w zaułkach występują teatry, kuglarze pokazują swoje sztuczki i całe miasto świetnie się bawi. A jeśli chodzi o przyzwoitość całej imprezy, to oczywiście trudno z góry coś przewidzieć - w końcu tylko od ciebie samej zależy, jak potoczy się rozwój wypadków.